Patrząc na półki sieci handlowych można zobaczyć nieśmiałe próby tworzenia marek w kategorii owoców i warzyw. W Biedronce zobaczymy „KIWI PASSION” – kiwi pakowane po 3 szt z marką kierowaną do najmłodszych. W Aldi mamy „JUPITER” jabłka w odlotowej rakiecie z tektury. W Kauflandzie „JABŁKA WARECKIE” a nie „GRÓJECKIE”. Natomiast w Lidlu obok zdjęcia Pana Jazdona figurującego ziemniaki swoja twarzą można kupić „KAPUSTĘ Z CHARSZNICY”.

Groźny import
To wszystko można nazwać idealnym kierunkiem i alternatywą sukurs importowi zza granicy, który zabiera rynek protestującym rolnikom. Kiedyś narzekaliśmy na Maroko, Holandię i Niemcy. Teraz zapracowani rolnicy domagają się położenia kresu importu z umęczonej wojną Ukrainy. Słyszymy o oleju, zbożu, mrożonkach a nawet jabłkach, które trafiają do Polski z Ukrainy. Co można zrobić oprócz protestowania? Ano swoja markę i odciąć się od komodytyzacji
Komodytyzacja?
Komodytyzacja (z ang. Commodity) to inaczej „bycie towarem”. Jeśli jesteś jedynie towarem – jabłkiem, marchewką, ziemniakiem, kapustą to jedyne o co Cię pytają to cena. Nie ma tu pola do negocjacji bo nie posiadasz narzędzi, żeby podnieść cenę. Natomiast gdy stajesz się marką rozmowa nabiera zupełnie nowej trajektorii. Nawet rozmowy z kupcami sieci skończą się często smutnym stwierdzeniem – „Mam już dostawcę towaru w tej kategorii”. Dopóki jesteś towarem odchodzisz z kwitkiem.

Lokalesi naprzód!
Jeśli stworzymy więcej Polskich marek i polskich lokalnych brandów – wymusimy na rynku pewną zmianę. Stworzymy kategorię „LOKALNA PÓŁKA” o której tak głośno krzyczano przez wyborami. W idealnym świecie właśnie tak odetniemy się od importowanych zza granicy owoców i warzyw. Wierzę w to, że przywiązanie do polskiej ziemi będzie silniejsze od niskiej ceny.